Z pamiętnika Zatargowiczki

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Sceniczny kurz powoli opada, a teatralne głosy cichną. To, co pozostaje żywe, to emocje — we mnie.

Od lat obserwuję ten festiwal. Ba — współtworzę go. W różnych rolach, na różnych etapach życia. Kilkanaście lat temu zostawiłam cząstkę siebie na swoich pierwszych Zatargach. I od tamtej pory wracam — by znów się zachwycić, by nakarmić się magią teatru, by chłonąć młodzieńczą energię.

I nie jestem w tym powrocie sama. Co roku wracają tu dziesiątki, setki ludzi teatru. Bo Młodzieżowe Zatargi z Teatrem mają w sobie coś, co przyciąga jak magnes. Jak powiedział wieloletni Przyjaciel festiwalu, tancerz, choreograf, człowiek w ruchu, Wojtek Chylewski: “Zatargi wyznaczają trendy dla współczesnych teatrów młodzieżowych w całej Polsce.” Tutaj tętni życie teatru dla młodych.

Młody umysł przypomina wulkan — potrzebuje ujścia, przestrzeni, w której eksplodują emocje napędzane codziennością. Zatargi otwierają drzwi do takiej właśnie przestrzeni. Dają miejsce na wyrażenie siebie, na szukanie odpowiedzi na pytania, które nie dają spokoju, i — przede wszystkim — na doświadczenie przynależności.

Najpiękniejsza jest tu wspólnota. Uczestnicy, wolontariusze, miłośnicy sceny — wszyscy tworzą niepowtarzalną jedność. Społeczność ludzi, których serca rwą się w tym samym kierunku. Na Zatargach czują się jak w domu, mówią otwarcie: „To był jeden z najlepszych dni w naszym teatralnym życiu!”. Patrzyłam na nich z nadzieją — pełnych pasji, nieposkromionych. Wciąż są młodzi ludzie, którym się chce. Którzy tylko czekają, by znów stanąć na scenie albo usiąść na widowni.

Wróćmy jeszcze na moment pamięcią do tych ostatnich dwóch godzin festiwalu. Dla mnie, stojącej z boku, już trochę bliżej dorosłych niż nastolatków, to było istne apogeum emocji. W oczekiwaniu na decyzję Jury nikt nie myślał o rywalizacji, czy miejscach na podium. Festiwalowicze zbyt pochłonięci byli muzyką, byciem tu i teraz.  Cała sala kina FORUM pulsowała taneczną energią, a z młodych gardeł płynęły słowa klasyków… Budka Suflera, Myslovitz, Dżem. Tak, są nastolatki, które znają te utwory na pamięć.  

A potem przyszedł werdykt, bo koniec końców to jednak konkurs. Tupot stóp budował napięcie w nas wszystkich, kiedy wypowiadanych było te kilka słów: “Grand Prix, Zielona Góra, Wieża”. Zalała nas fala,  łez wzruszenia, pisków niedowierzania. Gratulacje i uściski sypały się jak konfetti, a scena chwiała w posadach pod wpływem podskoków radości. Mrugnęłam, by zatrzymać przed oczami ten ruchomy obraz najczystszej prawdy o młodych ludziach z pasją. Obraz, który przedstawiał, jak autentyczni są w tym, co robią. Jak ogromna jest ich miłość do teatru. 

Czy warto otwierać drzwi dla młodych artystycznych dusz? Wspierać rodzącą się, pęczniejącą z nich miłość do teatru? Wzruszam ramionami. Odpowiedź jest oczywista. Tak naprawdę każda godzina festiwalu była dla mnie kolejnym dowodem na to, że organizowanie takich wydarzeń ma głęboki sens. 

Dziś, po kilku dniach od wydania ostatniego w tym roku numeru Zatargowca, mijam słupy miejskie z plakatami z cytatem Mirona Białoszewskiego. Już blakną, rozmyte wiosennym deszczem. Ale w nas — uczestnikach — wciąż bije teatralne serce. W rytmie hymnu Zatargów.